Ucięte brania

Tegoroczna zasiadka wakacyjna, na którą miałem tydzień, była pełna niewiadomych, urlop nad morzem z przeciwnościami losu, nie zapowiadał niczego dobrego dla mnie pod względem czasu, jaki mogę poświęcić pasji. Zasiadkę zaplanowałem z Bartkiem z Duxon Teamu i to dzięki jemu i jego dziewczynie, którzy wyręczyli mnie z przygotowań nad wodą, ta zasiadka była w ogóle możliwa – Dziękuję Wam! Jedynym elementem, w którym mogłem uczestniczyć przed zasiadką, było ustalenie taktyki. Po szybkich analizach, na co łowimy – składamy zamówienie, by kolejno zadzwonić do Duxon Shop, aby towar dotarł do Bartka przed weekendem – jak zawsze, chłopaki ze sklepu stanęli na wysokości zadania!

Podczas mojego pobytu w Gdańsku, niecierpliwie wyczekiwałem zasiadki na łowisku nieopodal Krakowa. Ciągłe analizy pogody, niestety nie napawały mnie optymizmem – zamiast pięknej pogody, zapowiadało się na ulewny deszcz i porywisty wiatr. Mimo tej niesprzyjającej aury, w niedzielę wsiadłem w Pendolino i wyruszyłem w 700 km, podróż do domu. Szybka organizacja pozwoliła mi w mgnieniu oka rozbić obozowisko, wywieść zestawy, by łowić zaledwie przez dobę. Ze względu na śmierć bliskiej mi osoby, musiałem znów wstawić się w Gdańsku, lecz nie mogłem odpuścić zasiadki – bo dane słowo to rzecz święta! Pierwszej nocy, ryby dały mi odpocząć i odespać zarwane nocki, lecz z samego rana zaczęła się kanonada i wyciągnęliśmy pierwszego, pięknego karpia, który rozpoczął falę brań. Wieczór zbliżał się nieubłaganie, a to oznaczało, że muszę znów wyruszać na drugi koniec Polski. W momencie przyjazdu do domu dzwoni do mnie Bartosz z informacją, że złowił „konia”! Szybko poinstruowałem go, gdzie zostawiłem wagę i po chwili słyszę w słuchawce, że na macie leży 22 kg karp! Z lekkim bólem serca, że mnie tam nie może być, pogratulowałem mu zdobyczy i wróciłem do obowiązków. Wieczorem, usłyszałem dźwięk łamanego drzewa więc czym prędzej wybiegłem z domu, by zobaczyć, że dzięki rybie Bartka zaparkowałem samochód kilka metrów wcześniej niż zawsze, co uratowało mój karpiowóz przed spustoszeniem – złamana śliwa, pod którą zawsze staję mogłaby narobić niemałych szkód…

Nad ranem znów odzywa się Bartosz, z informacją, że dołowił kilka ryb – te nowiny, utrzymały mnie w przekonaniu, że obrana taktyka w pełni się sprawdziła! Kulki Misel Zadravec Tuna & Peach oraz Crayfish w rozmiarach 16 i 20 mm przyczyniły się w dużej mierze do osiągniętego sukcesu!
Po powrocie nad wodę, mimo sowitego deszczu, udawało nam się wyciągać kolejne ryby z wody. Niestety z biegiem czasu brania ustępowały, a nas złapał lekki dołek i myśli, które niejednokrotnie podważały poprawność obranej taktyki – mimo tego, do końca wierzyliśmy w nasze ustalenia. W piątkowe popołudnie pogoda zaczynała się klarować, a deszcze ustawały, niestety słońce, które przeplatało się z deszczem, nie przyniosło brań. W noc z piątku na sobotę udało nam się wyholować dwie ryby, by znów sygnalizatory zamilkły. Mimo znacznej poprawy pogody, ryby w sobotę i w niedzielę przestały żerować, a cisza nastała na całym łowisku. Ta tygodniowa zasiadka, uświadomiła nas, że idealne miejsce, zastosowana zanęta i przypony, to tylko 50% sukcesu! Pozostały procent to chimeryczność ryb i uwarunkowanie pogodowe, na które nie mamy wpływu.

Mimo wszystko ważne, aby się nie poddawać i walczyć dalej!
Pozdrawiam Sebastian Andrzejewski i Bartosz Stramowski

Dodaj komentarz