Powrót nad Pstrążną!

Weekend majowy dla karpiarzy kojarzy się oczywiście z długą, kilkudniową zasiadką, poprzedzoną wielkim planowaniem i oczekiwaniem na ten wyjątkowy czas. Moim tegorocznym celem było łowisko Pstrążna, które swoją lokalizację ma na Śląsku, tak więc przed nami był kawał drogi z Podkarpacia, ale w końcu, czego nie robi się dla karpi?! Czasu na przygotowania było jak zwykle za mało, w czwartkowe popołudnie wraz z kolegą Tomkiem pakujemy auto, aby w piątek rano wyruszyć w drogę. Ilość sprzętu robiła standardowe problemy z pakowaniem, ale po kilku próbach z układaniem i upychaniem przez szyby udało się! Połowa sukcesu za nami. Rewelacyjne humory i nastawienie sprawiły, że stosunkowo długa droga minęła w mgnieniu oka. W połowie trasy spotykamy się z naszym przyjacielem Oskarem. Robimy mały postój w McDonaldzie na śniadanie, aby po chwili ruszyć w dalszą część podróży. Nad łowiskiem pojawiamy się około godziny dziesiątej, gdzie dokonujemy niezbędnych formalności i ruszamy na swoje stanowiska. Zajęliśmy kolejno „sztele” nr 10, 11, 13 oraz 14. Pogoda dopisuje od samego początku – słońce i wiatr w kierunku stanowiska 14 co tylko mogło pozytywnie wpłynąć na szanse sukcesy. W czasie rozkładania dostrzegamy pierwsze spławy, które pojawiają się na środku zbiornika, jak i przeciwległym brzegu. Szybko przygotowujemy zanęty, które w głównej mierze składają się z kulek DT Baits Squid ‚N’ Octopus – ten angielski przysmak, bardzo posmakował tamtejszym karpiom. Chwile później nasze zestawy lądują w wodzie, a na ich końcu wcześniej wspomniane kulki. Ryby dają nam się spokojnie zrelaksować do wieczora, natomiast my oddajemy się wspólnej integracji przy grillu i zimnym piwku. Pierwsze branie jakie odnotowałem, nastąpiło drugiego dnia naszego pobytu, około 7-mej rano, potężny odjazd ze środka stawu świadczył o nieco większym przeciwniku. Kilkuminutowy hol kończy się jednak małym 8kg karpiem – niestety nie zawsze łowi się duże. Historia lubi się powtarzać, bo w ubiegłym roku podobnie rozpocząłem zasiadkę na tej wodzie! Nie składając broni, pojawia się kolejna ryba, która zameldowała się na macie – przeszła moje najśmielsze oczekiwania, wielki, gruby, lustrzeń niezwykle nabity przed tarłem. Od razu wiedziałem, że ma magiczną cyfrę z racji swojego brzucha, waga zatrzymała się na 21kg! Szczęście osiągnęło swoje apogeum, pierwsze +20 i to drugiego dnia zasiadki. Całe ciśnienie zeszło i można było teraz cieszyć się w pełni z tych kilku dni urlopu. Wieczorem udało się dołowić jeszcze jednego ładnego amura i na tym kończy się drugi dzień. Trzeci dzień był bardzo wyjątkowy, pogoda powoli zaczęła się zmieniać , na niebie tworzyły się, co raz to większe obłoki białych chmur co zapowiadało nadejście burzy. Reakcja ryb była natychmiastowa, o godzinie 13 mam silny odjazd na moją ulubioną przynętę, czyli squida w rozmiarze 18mm. Ryba za wszelką cenę próbuje uwolnić się z haczyka, wypływając na powierzchnie i płynąc w stronę trzcin, lecz skutecznie jej to uniemożliwiam. Po raz kolejny gruby prawie okrągły kapiszon ląduje w koszu podbieraka. W tym samym czasie Oskar holuje swoją pierwszą rybę, jak się okazało, był to piękny pełnołuski wojownik. Po sfotografowaniu i wypuszczeniu ryb następuje kolejne branie na moim drugim kiju. Zwariowany odjazd oraz szybki hol świadczył, że na drugim końcu mam azjatę. Wieczorem doławiam, kolejnego amura oraz karpia, więc morale jak najbardziej na wysokim poziomie, w porównaniu do sąsiadów z pozostałych stanowisk, którzy są mocno zirytowani naszymi poczynaniami. Przedostatni dzień mija niestety bez brania. Po wieczornej wywózce czekamy na mój ulubiony posiłek, czyli pizze. Chwile po powrocie z pizzą, następuje branie na prawym kiju postawionym na niezawodnego squida, o dziwo jest to kolejny piękny amur, o wadze 14kg – one tak jak my, też rozpoczęły swoją kolację. Noc mija dosyć spokojnie, jedynie Oski doławia jedną rybę, ale jaką? No właśnie! Duży, ciężki i długi lustrzeń przekonał wszystkich, że Oskar skutecznie zastosował selektywną taktykę. Na koniec melduje się u mnie ostatni „uchodźca” o wadze zbliżonej do wieczorowego poprzednika. Podsumowując zasiadka bardzo udana, udało mi się złowić 11 ryb, co uznaje za dobry wynik mimo zbliżającego się tarła. Był to świetnie spędzony czas nad wodą w gronie wspaniałych przyjaciół, z którymi niestety nie mam okazji widzieć się na co dzień!

Pozdrawiam
Karol Wiśniewski- Duxon Team

Dodaj komentarz