Misel Zadravec w wiosennym wydaniu

Każdy z Was ma zapewne swoje ulubione łowisko, nad którego brzegiem czuje się jak w domu… Miejscem, gdzie ja lubię spędzać swój wolny czas, jest zalany kamieniołom – piękne widoki wraz z walecznymi rybami tworzą mój ulubiony zbiornik. Ten sezon, podobnie jak i ubiegły, postanowiłem rozpocząć właśnie na tej wodzie a przy okazji naszej zasiadki wzięliśmy udział w sprzątaniu zbiornika. W tym roku wiele osób zaczęło interesować się dobrem tej wody, więc robota poszła dość sprawnie. Z tego miejsca chciałbym podziękować wszystkim obecnym podczas sprzątania, kawał dobrej roboty! Jeżeli my nie zadbamy o dobro naszych wód, nikt tego za nas nie zrobi. Na razie jest w miarę czysto, o wiele przyjemniej jest spędzać czas nad wodą, jeżeli obok nas nie leżą wszędzie śmieci. Warto poświęcić chwilę czasu między braniami, aby posprzątać przynajmniej okolice naszego wędkowania. Wróćmy jednak do samej zasiadki. Podczas pierwszego wyjazdu dostałem od ryb prztyczek w nos. Jedno branie i spinka w zaczepie, których na tym łowisku nie brakuje. No cóż, bywa i tak. Głowa do góry, to początek sezonu, więc będą kolejne ryby i kolejne spinki. Byłoby zbyt nudno, gdyby wszystkie ryby lądowały na naszych matach. Po tej zasiadce postanowiłem obniżyć troszeczkę poprzeczkę wybierając się kilkukrotnie na zalew w Zochcinku. Z biegiem czasu zacząłem kłaść swoje pierwsze karpiki na macie, jednak nadal czułem niedosyt. Czegoś mi brakowało…

Postanowiliśmy więc wraz z ekipą pojechać na dłuższą zasiadkę. Aktualny regulamin PZW pozwolił nam jedynie na weekendowy wypad. Już podczas planowania wyjazdu, czułem wzmagające się podniecenie, jakbym pierwszy raz jechał nad nową wodę. Prognozy pogody zapowiadały przepiękną słoneczną pogodę ze stałym ciśnieniem, więc w głowie nasilały się myśli, że to może być dobry wyjazd! Szybkie pakowanie i od samego rana atak nad wodę. Widok budzącej się do życia przyrody w świetle porannego słońca dodawał energii do pracy. Raczej należę do leniwych wędkarzy i nigdy nad wodą mi się nie śpieszy, zawsze najpierw wolę poobserwować wodę i pogadać ze znajomymi. Jednak tym razem ciśnienie było silniejsze. Zestawy już po chwili wylądowały w moich ulubionych miejscach, jeden na 2 metrach głębokości na górce, drugi natomiast na 4-metrowym blacie. W głowie myśli: tego mi było trzeba, jeszcze tylko karkówka z grilla, karp na macie i jestem spełniony. Na pierwsze branie, musieliśmy poczekać ładne kilka godzin, niewielki lustrzeń skusił się na smużącego popka postawionego na górce.


Uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy, jest dobrze! Ważne, że ryby reagują. Do wieczora udaje nam się dołowić jeszcze dwa mniejsze karpie. Z niecierpliwością czekaliśmy nocy, niestety okazała się łaskawa tylko dla jednego z nas. Udaje się wyjąć kolejną rybę, lecz waga powoli rośnie w górę, jest pierwszy 10+ u kolegi. Może teraz ruszą te większe? Kolejnego dnia postanowiłem delikatnie zmienić zestaw i postawić w innym miejscu niż dotychczas. Zacząłem przygotowywać dla nas posiłek, kiedy świeżo wywieziony zestaw, zaczął oznajmiać, że coś się dzieje. Opuszczony hanger nie zwiastował zbyt wiele. W myślach miałem już przepięknego leszcza, lecz nie tym razem. Ryba po napięciu zestawu rusza z impetem w stronę skał nie dając się przyciągnąć. Trafił się prawdziwy wojownik. Po dwudziestominutowym holu w końcu widzę mojego przeciwnika. Mówię do kolegów, że nie jest taki duży na jakiego się wydawał. Jednak po umieszczeniu go w podbieraku zmieniam zdanie. Przepiękna gruba ryba, z ogromną tylną płetwą. To tłumaczy, dlaczego walczył tak zaciekle do samego końca. Sesja zdjęciowa, wypuszczenie i pełnia szczęścia! Przez jakiś czas nie mogłem dojść do siebie. Czułem się, jakbym złowił jedną ze swoich pierwszych ryb, przepiękne uczucie.

Do końca zasiadki nie udało mi się już wypracować żadnego brania, lecz wynik 3:0 traktuję jako dobre zwycięstwo z miejscowymi miśkami. Szczególnie wczesną wiosną, gdy woda jest jeszcze dość zimna. Z naładowanymi akumulatorami wróciłem do domu, by dzień później wyskoczyć na szybki dzionek i sprawdzić moc smużących pop upów, ale o tym w następnej relacji…
Pozdrawiam Mateusz


Moja wiosenna mieszanka wyglądała następująco, pokruszone kulki Chilli Volcano oraz Hell Spice, do tego garść drobnego pelletu oraz mixu ziaren, orzecha, konopi, kukurydzy oraz pszenicy. Całość zalana CSL’em Powerfull Spice oraz boosterem Chilli Volcano. Z tego mixu, wyszła mi mocno pikantna mieszanka z wyczuwalną nutą czosnku. Ważne, że okazała się skuteczna i przyczyniła się do finalnego sukcesu.

Dodaj komentarz