Kilka godzin z ukochaną!

Niestety wraz z wiekiem zyskujemy nowe obowiązki a wolnego czasu na dłuższe zasiadki ciągle brak, jest za to alternatywa, aby naładować swoje akumulatory. Kilkugodzinne sesje, dzięki nim możemy oderwać się od rzeczywistości i zebrać energię do dalszych działań. Tym razem postanowiłem spędzić swoje wolne popołudnie wraz z moją ukochaną dziewczyną, nad pobliską wodą PZW. Niewielki zbiornik, ale wyróżniający się jedną piękną zasadą w regulaminie – „złów i wypuść”. Dzięki temu mamy wspaniały poligon doświadczalny i to właśnie na tej wodzie zaczynam testowanie nowych produktów na każdy sezon. Akurat przypomniałem sobie o zamówionych na początku sezonu rzeczach do metody z Roda. Postanowiłem spakować swoje pickery i spróbować sił z karpiami na sławną methodę.
Za mieszankę posłużyła mi zanęta o zapachu „Halibut Pellet” oraz pellet „Big Carp” w rozmiarze 2mm. Do dopalenia tego miałem jeszcze glug „scopex”, który z powodzeniem stosuję również do ziaren, oraz „red halibut”. Po przyjeździe nad wodę jesteśmy w szoku ani żywej duszy! Wiedzieliśmy, że możemy całkiem dobrze połowić. Martwił mnie jedynie delikatny sprzęt, który zabraliśmy na ten wypad. Jednak już kilka karpi do „dyszki” udało mi się na niego wyholować, a z większym chętnie spróbujemy swoich sił! Szybki rzut oka na wodę i od razu widać ryby w wytypowanym przeze mnie miejscu. Nie pozostaje nam nic innego jak brać się do roboty, bo nie mamy kilku dni a jedynie kilka godzin.

Standardowo, na początek łowienia robię trzy pojemniki „jedzonka” – w jednym sama zanęta, w drugim sam pellet natomiast w trzecim obie te rzeczy pomieszane. Z każdej mieszanki robię kilka kul zanętowych, które następnie umieszczam w wytypowanym przez siebie miejscu. Dość często na tym zbiorniku łowię bardzo blisko brzegu, co zazwyczaj przynosi ciekawe efekty. Nawet w miesiącach zimowych karpie pobierają tutaj pokarm spod brzegu. Do sedna, postanowiłem łowić jednym kijem pod brzegiem, a drugim na środku zaczynającej się zatoki. Do wody za pomocą łyżki zanętowej powędrowały wcześniej przygotowane kule. Po chwili rozłożyliśmy resztę sprzętu i pozostało nam czekać na przygięcie szczytówki, bardzo lubię od czasu do czasu urozmaicić sobie standardowe zasiadki karpiowe takim szybkim wypadem. Usiedliśmy i zaczęliśmy korzystać z pięknej pogody, moja dziewczyna szybko skupiła się na opalaniu, a łowienie pozostawiła mnie. Wiedziałem, że będzie tak tylko do czasu, aż ryby wejdą w naszą mieszankę zanęty… Długo nie musieliśmy czekać, bo już po dziesięciu minutach pierwszy kolega próbuje wciągnąć mi pickera do wody! Po zacięciu wędeczka zaczyna pięknie amortyzować zrywy pierwszego wojownika. Chwila walki i karpik musi uznać moją wyższość, mata, klinik, szybka fota i wracaj po babcie! Donęcam jeszcze trochę, „brzeg” i zaczynamy wyczekiwanie od nowa, jednak to nie trwa zbyt długo i po chwili melduje się kolejny kolega. Tym razem piękny złoty karaś…Oj dawno już nie złowiłem tego gatunku. Od tej pory ryby zaczęły chętniej z nami współpracować, przez co zostałem zgoniony z mojego siedziska i musiałem oddać wędki Sylwii. Nawet nie wiecie, jaka to dla mnie radość, że zaraziła się tym pięknym hobby! Czujnym okiem obserwowałem jej ruchy, jednak nauka nie poszła w las i nawet nie było się do czego przyczepić. Zaczęła łowić kolejne karpie i holowaliśmy je na zmianę. Pod koniec zasiadki weszły nam większe sztuki, a z rybami powyżej 5 kg zabawa na takim zestawie to już nie lada wyzwanie. Byłem bardzo szczęśliwy, że udawało nam się tego dnia unikać spinek i wszystkie ryby bezpiecznie lądowały w naszym podbieraku. W pewnej chwili musiałem oddalić się do samochodu, więc Sylwia została sama z wędkami. Szczerze mówiąc, przy tych atomowych braniach, miałem lekkie obawy czy aby na pewno kije zostaną przy braniu na brzegu…Wracając do stanowiska, widziałem tylko zamyśloną niewiastę i jak mój picker ucieka w stronę wody! Sekundę później byłoby po zabawie, jednak udało się złapać wędkę w ostatniej chwili. Opanowanie sytuacji i oddaje kij mojej „zamyślonej księżniczce”. Ku mojemu zaskoczeniu ryba nie daje tak łatwo za wygraną. Dźwięk hamulca daje o sobie znać, jednak spokój i opanowanie Sylwii zaprocentowało i udało się jej wprowadzić swoją zdobycz do podbieraka. Spojrzałem na karpia i od razu wydał mi się znajomy! Mata, waga i mamy nowe PB. Lekko ponad 10kg, jej pierwsza upragniona dyszka i to jeszcze na taki zestaw! Jak dla mnie SZACUN, bo zrobiła to nie gorzej, niż nie jeden stary wyjadacz. Widziałem w jej oczach podobną radość, jaką miałem sam podczas wypuszczenia swojej pierwszej dyszki – piękna sprawa! Po tej rybie udało nam się jeszcze ustrzelić „dublecik”.

Wieczór dawał o sobie nieubłaganie znać i musieliśmy zacząć myśleć o pakowaniu. Niestety nic co piękne nie trwa wiecznie, a czasem takie krótkie wypady potrafią obdarzyć pięknymi rybami. Najważniejsze jest to, że mogłem znów spędzić czas z ukochaną osobą, podczas robienia tego co kocham! Wszystkie ryby zostały złowione na dumbelsy z Roda o zapachu „Betaine Green” oraz „Sweetcorn”. Szczerze mogę polecić zestaw przynęt/zanęt, którego używałem tego dnia. Warto na pewno go spróbować na swoich wodach.


Pozdrawiam i namawiam do prób zainteresowania swoich drugich połówek naszym pięknym hobby!
Mateusz Stachurski

Dodaj komentarz