Azyl w kamieniołomach – część II

Dwa tygodnie później w piątek rano dzwoni do mnie Bartek, obwieszczając, że właśnie urodził mu się trzeci syn — Leopold. W jednej chwili decyduję, że jest to idealna okazja na drugą nockę w „Bartkowym kamieniołomie”. Jednak jak to zwykle bywa — czas upływający w pracy zdawał się stać w miejscu, a ja myślę tylko o tym, jaką obrać taktykę na zbliżającą się zasiadkę.

Przed osiemnastą melduję się u Bartka. Gratulując przyjacielowi syna, żartuję, że tej nocy złowię czerwonego koi, a na cześć potomka nazwiemy go Leopold. Bartek opowiada, że podczas nęcenia widział czerwonego „cwaniaczka”. Pośpiesznie odbieram ponton, pięć minut później jestem nad wodą, a około 19.30 zestawy są już wywiezione. Z uwagi na fakt, iż woda jest krystalicznie czysta, decyduję się na zastosowanie agresywnej taktyki. Na pierwszy ogień idą „dymiące granaty” z testowego stick mixu Balance Scorpion i gotowanego pelletu okraszonego białymi robakami. Dzięki temu momentalnie uzyskuję podwodny „dymiący komin”, który w tak czystej wodzie nie może pozostać niezauważony. Drobnica natychmiast „podkręca akcję”. Dodatkowo kładę po garstce kulek Balance Scorpion i Red Mexico z niewielką ilością pasty.

Teraz można czekać…

Po godzinie dwudziestej zjawia się Bartek z ciemnym piwkiem, które sam robi. Nie wiadomo kiedy mijają dwie godziny przy dobrej gawędzie i wybornym trunku. Niestety Bartek musi już uciekać, ja wracam do wędek i czuję, że coś wisi w powietrzu. Jest jeszcze lepiej niż dwa tygodnie temu, „u góry” wieje i zanosi się na deszcz. Wiem na 100%, że nie ma mowy o żadnym spaniu. Siedzę sobie, próbując porównać kamieniołom do większości wód, na jakich łowię o tej porze roku, czyli glinianek i staro rzecz, często bardzo porośniętych z dużą ilością naturalnego pokarmu w wodzie nie wspominając o zakwicie. Myślę, że mam duże szczęście siedząc sobie teraz tutaj ze świadomością czystego dna, a na nim różnego rodzaju zanęt, które cały czas pracują.

Godzina 2.45 – JEEEEDZIE!!! To spod nóg jak dwa tygodnie wcześniej. Podnoszę kija – SIEDZI!
Automatycznie dokręcam hamulec i od razu robi mi się ciepło, chcę odpalić czołówkę, niestety została „na pierwszym piętrze” w obozie, podczas Bartkowych odwiedzin. Wchodzę w woderach do wody, ryba spokojnie krąży przy dnie, odpływając w okolice środka. Po kilku odjazdach mam ją blisko. Jest gdzieś na głębokości pięciu metrów, ale niedaleko podwodnej grubej gałęzi, więc decyduję się na wyprowadzenie ryby do powierzchni i szybki finał. Za drugim razem czuję słodki ciężar w podbieraku. JEST!!! Trafiony zatopiony!

Jest bardzo ciemno, więc szybko wkładam rybę do mato-kołyski znajdującej się w wodzie, a stamtąd do worka. W poświacie księżyca mignął mi jasny kolor ryby, a przez myśl przeszło mi tylko jedno — mam go. Umieszczam ją na lince na głębokim spadzie. W tak kameralnej wodzie walka z rybą jej podebranie na pewno były słyszalne dla pozostałych mieszkańców. W duchu cieszę się jak małolat, ale napięcie nie znika. Analizuję po kolei podwójny tonący 15 mm duet Balance Scorpion, na longshanku CarpRusa nr 6, z miękkim dwudziestocentymetrowym Naturalem 25lb Kordy. Wywożę zestaw „pod nogi” w miejsce, które dało mi już dwa brania, jak na razie jedyne brania na tej wodzie. Przynoszę z góry zapomnianą latarkę oraz kawę. Popijając czarny napój świecę czołówką na wodery i widzę na jednym z nich raka, a dalej w wodzie kilka sztuk ze świecącymi oczami, coraz bardziej rozumiem tę miejscówkę. Cieszę się, że akurat „pod nogami” postawiłem na skorupiakowe delicje, czyli Balance Scorpion. Mam latarkę i strasznie mnie korci sprawdzenie zawartości worka, ale nie chcę spalić sobie najbliższej miejscówki i rezygnuję.

Szarówka.

Przed godziną 5 znów — JEEEEEDZIE!!!
To skrajna lewa wędka z końca kamieniołomu, na blacie znajdującym się 6 metrów pod wodą. Unoszę szybko wędkę i „wjeżdżam do wody”. Zaczynam pompowanie, coś jest, ale nie walczy, tylko idzie bardzo powoli, od czasu do czasu kopiąc. Ściąganie tego „czegoś’” trwa w nieskończoność, ale nadal bez walki. Mam niezidentyfikowany ciężar już w okolicy podbieraka, ostatnie „pompki”, odpalam czołówkę i nie wierzę. Wszystko jasne! Na powierzchni wyłania się sporych rozmiarów gałąź, a w niej karp. Sytuacja bez szans, ryba jest po drugiej stronie gałęzi.

Nie pamiętam za którym razem, ale udało mi się włożyć podbierak dołem pod gałęzią tak, że karp wpadł do podbieraka. Świecę na rybę i mimo ciemności jestem pewien na 99%, że to znajomy sprzed dwóch tygodni – „grzywka”. Tym razem nabrał się na łamańca z fluorocarbonu zakończonego grubym longshankiem Pelzera uzbrojonego w dwie tonące Red Mexico. Mimo wczesnej pory dzwonię do Bartka. Z podnieceniem wyciągam wielką niewiadomą.
Jest!!! Czerwone cudo. Miałem szczęście już złowić kilka koi, każdy z nich wyglądał inaczej. Leopold jest fantastycznie ubarwiony z charakterystycznym białym grzbietem.

Zastosowana taktyka przyniosła egzotyczny duet na macie.

Salut wszystkim wariatom!!!
Marek Marusiak

Dodaj komentarz