Azyl w kamieniołomach – część I

Od pewnego czasu zaczął dopadać mnie karpiowy marazm, spowodowany brakiem nowych wód w okolicy, do tego pojawiło się pragnienie nowych wyzwań i co najgorsze – notoryczny brak czasu.

Jednak wszystko zmieniło się za sprawą telefonu od Bartka – kolegi, który od lat kibicuje moim karpiowym zmaganiom. Bartek nawijał do słuchawki, że właśnie namierzył fajny kamieniołom, a obserwując wodę ”z góry” wypatrzył czerwonego koi. Lepiej być nie mogło – w czasach tak ogromnej presji wędkarskiej, a szczególnie karpiowej mam wodę, gdzie pojęcie presji nie istnieje.

Miałem cel ”złowić swoją złotą rybkę — koi”. Reszta potoczyła się lawinowo. Szybki kontakt z Mariuszem i już w piątek jesteśmy na sondowaniu nowej wody. Sam wjazd do kamieniołomu wąskim wąwozem wśród skał nadawał miejscu wyjątkowej magii. Uwielbiam ten stan ”natychmiastowego uzależnienia ” od wody, którą widzę po raz pierwszy w życiu. Jednak tym razem widok totalnie nokautował — trzy pionowe skalne ściany u podnóża, których rozpościera się krystalicznie czysta woda. Niestety nie ma czasu na dalsze podziwianie nowej miejscówki, ponieważ zrywa się ulewa i może być problem z wyjechaniem moim „czołgiem” z wąwozu. W strugach deszczu namierzamy cztery podwodne blaty. Maksymalna głębokość kamieniołomu to ponad 12 m, średnia 5 – 7,5 m i dwa blaciki po 2 – 2,5 m z bardzo poszarpanym, lejowatym i nieregularnym dnem. Założyliśmy, że wodę zamieszkuje co najwyżej kilka karpi z pojedynczych, spontanicznych zarybień, więc obieramy naszą ulubioną taktykę mało, smacznie i świeżo. Na każdy z czterech blatów kładziemy garść pikantnych kulek Red Mexico, garść skorupiakowych Balance Scorpion, garść miksu różnych pelletów i po pół puszki kukurydzy. Bartkowi zostawiliśmy ponton i zanętę na dwa sypnięcia. Ustaliliśmy z Mariuszem, że siadamy za tydzień na jedną noc.

Dzień wyjazdu — niestety Mariuszowi coś wypadło, więc jadę sam. Na miejscu jestem już około 18 -ej. Jest bardzo gorąco, a ja mówiąc delikatnie, nie jestem fanem takiej pogody. Okazało się jednak, iż skały momentalnie oddały swój chłód, więc bez problemu zająłem się rozbijaniem mini obozu, składającego się z dwóch części:
– w wodzie ”na styk ” mieści się krzesło ze śpiworem, podbierak, mata z workiem, ponton, a między nim dwie karpiówki na podpórkach,
– na pierwszym piętrze tzw. Sypialnia, z której tak naprawdę nie zamierzam korzystać. Namiot rozłożony tylko na dwóch fremach (brak miejsca i możliwości wbicia śledzi) w środku karimata, a za poduszki robią lufy z wędek.

ZESTAWY:
– NR 1 -wywieziony w drugi koniec zbiornika, na włosie ląduje gruby pellet podbity pływającą kukurydzą Warwicka.
– NR 2 – wywózka 10 m od brzegu! (sam z siebie się śmieję, ale blacik jest mały, więc nie mam wyboru) na głębokość 2,5 m. Na longshanku ”bananie” nr 6 ląduje mój prosty patencik składający się z dwóch tonących 15 mm kulek używanych do nęcenia — pikantnej Red Mexico i skorupiakowej Balance Scorpion.

W końcu po całotygodniowej pogoni siadam spokojnie w fotelu tuż przy kijach i obmyślam dalszą
strategię. Jest pięknie, brakuje tylko brania. Na dobre rozmarzyłem się nad scenariuszem ewentualnego brania i holu, aż nie zauważyłem, że zrobiło się ciemno.

Z objęć marzeń wyrywa mnie mój Delkim, wchodząc na najwyższe obroty, serwując najbardziej oczekiwaną dla mnie tej nocy informację — JEDZIE!!! ”spod nóg ” i na dwie tonące. Podniosłem tylko kija, coś po drugiej stronie zaczęło ciężko odpływać w głębinę. Dokręciłem hamulec i namierzyłem przygotowany w pobliżu podbierak, wtedy przypomniałem sobie, że za drugą wędką pod
samą powierzchnią znajduje się gruby pniak po ściętym drzewie. Wszedłem do wody w okolice pniaka, to tu zamierzałem skończyć pojedynek, ponieważ metr dalej głębokość spadała nagle na 4 metry. Byłem już pewien, że to karp, może Bartkowy koi. Pozwoliłem mu jeszcze na kilkunastometrowy odjazd i zacząłem powolne pompowanie. Szczęście sprzyjało tej nocy i już za pierwszym razem udało mi się wprowadzić rybę do podbieraka.

BOMBA!!! Szybkie oględziny – to jednak nie koi! Czyli kolejna super informacja — dwie sztuki są na bank! Krótki telefon do Bartka i „teleexpresowy” przekaz zakończone przeze mnie akcji. Szybkie foty, ryba do „wora” i na głębinę, czeka na poranne oględziny i przyjazd Bartka. Wywożę zestaw znów ”pod nogi”, kładę się w fotelu i przykrywam śpiworem. Długo analizuję całą historię, świt wita mnie spokojnym deszczem, lecz za chwilę rozpadało się na dobre. Wpada Bartek na wnikliwe, poranne obejrzenie karpia o charakterystycznie oklapniętej płetwie grzbietowej przypominającej grzywkę, zwieńczone fotografią w deszczu. Jeszcze tylko kilka garści zimnej wody na twarz, szybka ewakuacja z wąwozu i można wracać do domu po nieprzespanej, bombowej nocy. Już teraz wiem, że wrócę tu niebawem.

SALUT wszystkim wariatom!
Marek Marusiak – Carp Life

Dodaj komentarz