Amury z marszu

Zaraz po weekendzie majowym, czekał mnie jeden z najbardziej stresujących momentów w życiu, mianowicie egzamin praktyczny na prawo jazdy. Plan od samego początku zakładał, że jeśli zdam to od razu po otrzymaniu plastikowego dokumentu, ruszam nad wodę! Czwartek był przełomowym dniem, który miał pokazać, czy moje umiejętności prowadzenia samochodu są wystarczające, aby zostać pełnoprawnym kierowcą. Na moje szczęście wszystko przebiegło ku mojej myśli – praktycznie bez błędnie! Tydzień później, mogłem już cieszyć się plastikowym dokumentem, tak więc pozostało wybrać cel podróży. Po kilku telefonach do znajomych okazało się, że większość z nich spędza wolny czas nad wodą, wybór był naprawdę trudny! Jednak po krótkim namyśle, podjąłem decyzję! Wyruszam nad niedużą wodę PZW, oddaloną o 60 km od mojego miejsca zamieszkania. W niedzielny poranek pakuje auto i ruszam na pierwszą zasiadkę oraz pierwszą tak daleką przejażdżkę, już całkiem nie zależnie od nikogo – piękne uczucie! Godzinna droga, przy dobrej muzyce mija bardzo szybko i bez żadnych problemów. Około godziny 7:30 docieram nad wodę. Idę przywitać się z moim przyjacielem Mariuszem, który zaprosił mnie nad kamieniołom. Z pomocą kolegi szybko rozkładam cały niezbędny ekwipunek, a zestawy po chwili lądują w wodzie. Do godziny 11 nie odnotowujemy żadnych brań, więc postanowiliśmy pójść na drugi nieco wyżej położony brzeg, aby zlokalizować ryby. Na spacer zabrałem rzecz niezbędną, okulary z dobrą polaryzacją, czyli moje ulubione flat top od Fortis’a. Po dotarciu na miejsce, ku naszemu zdziwieniu nie zauważyliśmy zbyt wielu ryb przy powierzchni. Wygrzewały się tylko pojedyncze, małe sztuki, lecz po chwili szczegółowego przyglądania się wodzie zauważamy ryby, około metra pod powierzchnią, które leniwie pływają przy skale. Mając już ryby na oku, pozostało nam tylko się do nich dobrać! Zestawy położone na dnie, zmieniamy na zig-rigi, na które założyliśmy różnokolorowe pianki od Gardnera. Okazało się to strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Łódka po opuszczeniu „ziga” odpłynęła zaledwie kilka metrów, a na moim prawym kiju było już branie. Myśleliśmy, że może długi przypon zaplątał się o łódkę, lecz było to pierwsze branie tego dnia. Na matę trafia ok. 7 kg amur, więc morale i humory zdecydowanie wzrosły. Ponowna wywózka i kolejne szybkie branie! Tym razem nieco mniejszy ”azjata” ląduje na macie. Chwila zastanowienia i postanawiamy przenieść się na cypel, który był nadal wolny, aby nieco skrócić sam dystans wywózki i oszczędzić baterie w łódce. Po przenosinach ryby nadal nie przestają współpracować, każda wywózka kończy się braniem po dosłownie 15 minutach. Na cyplu udaje się „zrobić ” 4 brania, w tym zestawieniu znalazł się jeden amur, którego waga zbliżyła się do 10 kg. Około godziny 17:30 kolega Mariusz, doławia ostatniego „azjatę” podczas tej zasiadki, po czym ryby zmniejszają swoją aktywność w toni i prawdopodobnie schodzą w niższe partie wody. Odpowiednie zlokalizowanie oraz dostosowanie się do panujących warunków sprawiło, że z pozoru trudna woda PZW stała się wyjątkowo łaskawa.
Pozdrawiam Karol Wiśniewski – Duxon Team

Dodaj komentarz