2-4-2

Witam wszystkich kolejny raz. Tytuł artykułu mimo, że wskazuje na ustawienie drużyny piłkarskiej, to jednak ma za zadanie przedstawienie Wam, tego co wydarzyło się dosłownie kilka dni temu, na mojej ostatnio ulubionej wodzie. Wielka zapora w Niemczech bo o niej mowa, mimo tego, że odwiedzam ją regularnie, ponownie mnie zaskoczyła. Kolejny raz pokazała mi, że kryje w sobie wiele tajemnic, że każdy miesiąc jest inny, że woda zmienia się praktycznie co wyjazd i na nowo trzeba ją poznawać.

Dwa dni, cztery brania, dwie ryby na macie to bilans spotkania z moimi przyjaciółmi i Niemieckimi karpiami.

Kiedy planowałem te dwie doby nad wodą zastanawiałem się, czy opłaca się jechać na tak krótko, nad tak wielką wodę. Wewnętrznie byłem jednak przekonany, że przez kilka wcześniejszych wyjazdów trochę już tę wodę poznałem, że pierwsze godziny nad wodą będę wiedział jak spożytkować, gdzie szukać ryby, na jakie zestawy łowić Tym co mnie najbardziej nurtowało to wybór przynęty. Tym razem postawiłem na osławione już kulki firmy DT Baits Squid ‚N’ Octopus – 22 mm. Zestawy składały się z dwóch kulek tonących na włosie. Przeczucie mnie nie zawiodło, zestaw działał, gorzej było ze skutecznością, ale o tym w dalszej części artykułu…

Po przyjeździe nad wodę i serdecznym przywitaniu, szybko ruszyłem na poszukiwanie miejscówki. Wiedziałem, że zestawy tak jak poprzednio postawię w starym korycie rzeki. Jak się okazało poziom wody w porównaniu z wyjazdem majowym był o prawie 70 cm niższy. Stwierdziłem jednak, że nie zmieniam taktyki i dwa zestawy lądują na 4,3 metra. Różnica między korytem a płaskim dnem wynosiła niespełna metr. Po około 40 minutach miałem dwa zestawy wywiezione, chłopaki nie mogli się nadziwić, że w takim tempie udało mi się wybrać miejsca gdzie w mojej ocenie powinny przebywać ryby. Dla mnie chyba tak naprawdę ważniejszy był czas, który chciałem z nimi spędzić, a ryby miały być tylko dodatkiem.

Po wspaniałym wieczorze wszyscy udaliśmy się na zasłużony wypoczynek. Godzina 4:15 pojedyncze piśnięcie na moich foxach oznajmiło mi, że muszę ruszyć się z łóżka, następnie piśnięcia przekonały mnie, że trzeba wsiadać w ponton i udać się na środek zapory i rozpocząć walkę, być może z moim nowym rekordem (zawsze jadąc nad tę wodę mam nadzieję, że wrócę z niej z moim wymarzonym pełnołuskim 20 kilowcem), ale wróćmy do samego holu – po około 5 minutach znajduję się nad zestawem, na szczęście obyło się tym razem bez zaczepów po drodze. Ryba majestatycznie pływała pod pontonem, miałem wrażenie, że mam do czynienia z niezłą rybą, ale jak się okazało po kolejnych kilku minutach moim rywalem by szalenie waleczny 8 kilowiec, który jak na swoją wagę dał mi naprawdę ostro popalić i za to kocham te dzikie ryby.

Po dobiciu do brzegu szybko zmieniłem kulki i udałem się na odpoczynek. Przerwa jednak nie trwała długo, bo o godzinie 7 rano potężny odjazd wyrywa mnie ze snu. Dobiegam do wędki próbuje rybę zatrzymać ale nie daję rady – bez chwili zastanowienia wsiadłem w ponton. Gdy jestem w połowie drogi widzę, że żyłka nienaturalnie pionowo wchodzi do wody, przez myśl przeszło mi, że to pewnie jeden z tych wielkich konarów, którymi usiana jest cała zapora. Próby wyplątania zestawu nie przynoszą rezultatu a po kilku pociągnięciach zestaw zostaje urwany.  Po porannej sesji z rybą złowioną o 4 rano, jak zawsze sprawdzam, to co pozostawił po sobie karp w worku. Pamiętajcie dla nas zawsze jest to informacja z czym tak naprawdę konkurują nasze przynęty oraz z czym mamy do czynienia na dnie wody, nad którą się znajdujemy. Szybko zdałem sobie sprawę, że konary nie są największym problemem ale to, czym są oblepione. Normalną decyzją w takim przypadku jest użycie pływaków, w celu ominięcia podwodnych przeszkód, pływaków jednak nie zabrałem na tę krótką wyprawę. Wywożę zestaw kolejny raz mając nadzieję, że nie dojdzie do podobnej sytuacji. Jednak to był błąd, kolejne branie już w godzinach popołudniowych daje mi zasłużoną nauczkę. Wypłynięcie po rybę i kolejna zrywka. Moja zasiadka powoli zmierza ku końcowi, rano mam się zbierać. Wieczór przed wyjazdem wywożę kolejny raz zestaw tyle, że odchodzę od miejscówki około 20 metrów w bok w nadziei, że po drodze moje żyłki nie napotkają na podwodne przeszkody. To było jedyne wyjście, które mogłem zrobić w tym przypadku. Godzina 0:15 powolny wyjazd ze szpuli, wsiadam już bez zacinania do pontonu, zrywa się silny, porywisty wiatr, który powoduje dużą falę na wodzie, ale to tylko mnie motywuje do tego aby jak najszybciej dopłynąć do ryby. Gdy jestem nad zestawem, o dziwo bez zaczepów po drodze, widzę przy powierzchni zmęczoną już rybę. Nie jest wielka, podobna do ostatniej jak się później okazało miała 8,5 kg. Reszta nocy minęła spokojnie.

To był już koniec moich brań i ryb na tej krótkiej zasiadce, czas wracać do domu i zawodowych obowiązków. Moi przyjaciele zostali jeszcze dwie noce, które przyniosły im jednego karpia i wspaniałego suma 204 cm i ponad 50 kg wagi. Wspaniały wyczyn, którego im z całego serca zazdroszczę.

Każdy z Was z mojej opowieści wyciągnie dla siebie swoje wnioski, ja wiem jedno, że takie wody to zawsze jest nauka bez względu na to czy łowimy karpie 5 czy 25 lat. Sam jednak oceniając stwierdzam, że po prostu źle się do tego wyjazdu przygotowałem. Już planuje kolejny wyjazd na tę wodę, która jako jedyna w ostatnim czasie motywuje mnie do ruszenia się z domu, bo wiem, że w końcu któryś z tych wyjazdów będzie wielką wygraną.

Jeżeli pozwolicie to za jakiś czas napisze Wam o kolejnych zmaganiach nad Niemiecką wodą. Czekajcie, nie zawiodę Was.

Trzymajcie się ciepło i powodzenia nad wodą

Dodaj komentarz